sobota, 2 listopada 2019

Styczeń 2019 - motorynka

Dzisiejszy sen zaczyna się sceną, w której razem z rodzicami wybieramy się na spacer. Jesteśmy w Niemczech. Chcę iść w miejsce, które często pojawia się w moich snach. Rzecz dzieje się na tarasie dużego domu.

Po drodze głodnieję. Przechodzimy obok kolejnego miejsca, które często pojawia się w moich snach - straganów z jedzeniem. Kupuję zapiekankę. Z jakiegoś powodu jej nie dojadam.

Rezygnujemy jednak ze spaceru, wracamy do domu. Idę przodem. Przed domem w oddali widzę Brata, ale gdy się zbliżam odjeżdża motorem, a raczej motorynką (nigdy nie miał).

Stoimy na tarasie i nagle otoczenie się zmienia. Jesteśmy na wsi, na schodach domu mamy mojego wujka.

Mama chyba weszła pierwsza. Jestem ja i jej mąż. Nagle groźny pies zrywa się z łańcucha i biegnie prosto na nas. Wbiegam do środka i zatrzaskuję drzwi zostawiając tatę na zewnątrz. Widzę przez szybkę jak pies spowalnia na schodach, mam nadzieję, że może zrezygnuje z ataku i mam wyrzut sumienia, że zamknęłam te drzwi choć to był impuls. Tata wchodzi do środka. Pies mocno ugryzł go w nogę. Ma ogromne dziury. Nie ma krwi. Bardzo go boli i kładzie się na wersalkę.

Trzeba iść po pomoc. W mieszkaniu pojawia się wujek z psem, ale ten zostaje szybko wyprowadzony bo się boimy. Wujek też znika.
Pojawia się inny pies - czarny, w typie rottwailera, młody, trochę przerośnięty, bardzo przyjazny.

Muszę wezwać pomoc. Wyglądam za okno. Pies razem z innymi dwoma jest uwiązany przy stodole. Są nienaturalnych rozmiarów, sięgają aż pod dach, są bardzo puchowe, szare. Stają ma tylnych łapach. To piękny widok. Na podwórku leży rozszarpane truchło kota. Sam korpus. Z okna stodoły z siana wystaje ogromna pluszowa maskotka małpy, która ożywa. To ani goryl, ani orangutan. Jest pomarańczowy i wielki prawie jak King Kong. Demoluje wszystko na swojej drodze. Również dom. Wszystko się wali.

Do domu wchodzą trzy staruszki. Wyglądają trochę jak cyganki. Teraz znów mimo, że wciąż tym domu wiem, że jesteśmy w Niemczech. Panie przyszły nie w porę, więc wolelibyśmy, żeby sobie poszły. Skoro już uparcie siedzą poprosiłam by wezwały pogotowie, bo olśniło mnie, że znają język. Jedna z Pań zadzwoniła, ale rozmawiała po polsku. Zabrałam jej telefon i kontynuowałam rozmowę. Dyspozytorka była tak powolna i drobiazgowa, że myślałam, że wyjdę z siebie.

Nim skończyłam rozmowę akcja mojego snu przeniosła się w ruinę innego domu. Tam też szalała ta wielka małpa. Byłam tam tylko z jedną osobą. Próbowałyśmy się wymknąć. Tu się chyba urwało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz